Aktualności

Kryzys powołań i walka z „klerykalizmem”. Rozmowa z o. Pawłem Pakułą CSsR

Kryzys powołań i walka z „klerykalizmem”. Rozmowa z o. Pawłem Pakułą CSsR
Annie Theby on Unsplash
1 września 2021 r.

Kryzys powołań i walka z „klerykalizmem”. Rozmowa z o. Pawłem Pakułą CSsR

Współczesny Kościół stoi przed wieloma wyzwaniami, jednym z nich jest kryzys powołań do kapłaństwa. Jak to wygląda z perspektywy Ojca pracy w różnych rzeczywistościach Kościoła na świecie, jakie, Ojca zdaniem są tego przyczyny?

Powołań nie brakuje, Bóg jest zawsze i niezmiennie hojny dla swojego Kościoła. Przyczyna każdego kryzysu w Kościele, również tego, o którym Pani wspomina jest zawsze ta sama: Odejście od Boga, a w konsekwencji wykluczenie Boga nie tylko z życia społecznego, ale co wydaje się absurdalne, również z życia Kościoła. Owoce tego wykluczenia Boga widoczne są wyraźnie na Zachodzie, w Polsce mamy natomiast do czynienia z tym samym procesem, tyle że w przyspieszonym tempie. Na Zachodzie ten proces dokonywał się powoli, można powiedzieć z zastosowaniem anestezji, uśpienia, dlatego wielu ludzi nawet tego nie zauważyło, wierzący zostali zmarginalizowani, struktury zredukowane do roli zabytkowej fasady, a sprawa powołań kapłańskich praktycznie wyzerowana.

Oznaczałoby to, że zmniejszająca się liczba kandydatów do kapłaństwa jest symptomem tych samych procesów, które z Zachodu przeniknęły do Polski?

Chyba nikt nie ma dziś wątpliwości, że w Polsce mamy do czynienia z tym samym procesem tyle, że podkreślę to raz jeszcze, w przyspieszonym tempie i bardziej agresywnym. Dzieje się tak dlatego, że z jednej strony jesteśmy „opóźnieni” względem Zachodu wskutek tego, co trzeba by nazwać „okupacją komunistyczną” i otwartą walką z Kościołem w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie ta destrukcyjna walka dokonywała się bardziej subtelnie i „od środka”. A z drugiej strony powszechna obecność Kościoła w Polsce, od małej wioski po uniwersytety, rola jaką Kościół odgrywał w historii, mocny akcent patriotyczny, a przede wszystkim liczne świadectwa ludzi wierzących. I tutaj trzeba wyjaśnić: mówiąc o świadectwach, mam na myśli nie te ckliwe, ugrzecznione postawy dziś tak bardzo propagowane, bo te akurat „gaszą Ducha” i pod pozorem pochylania się nad „zranieniami człowieka” znieczulają na obecność Boga, który przecież jest jedynym źródłem uzdrowienia naszych ludzkich zranień lecz te autentyczne świadectwa, jak choćby św. Maksymiliana Kolbe, bł. Marianny Biernackiej, bł. Jerzego Popiełuszki czy też św. Jana Pawła II i bł. Stefana Wyszyńskiego. Jeśli do znanych dodamy tych nieznanych, choć autentycznych świadków wiary, tych „świętych na wyciągnięcie ręki” to wtedy zrozumiemy, dlaczego w Polsce te procesy napotkają na opór znacznie większy niż na Zachodzie i miejmy nadzieję, że uniemożliwią doprowadzenie do sytuacji, że seminaria będą zamykane.

Swego czasu mówiło się sporo o tzw. „pokoleniu JPII” czy też o „efekcie Papieża Polaka”, czy można w tym upatrywać rozwiązania również dla obecnego kryzysu?

Zdecydowanie nie, ponieważ powołanie nie jest autorstwem człowieka. Człowiek nie wymyśla sobie powołania, a dziś niestety dominuje właśnie takie błędne rozumienie kwestii powołania. Coraz częściej można natrafić, również w prasie katolickiej na publikacje, które powołanie prezentują jak ofertę z hipermarketu na zasadzie „kto chce?” i „weź, bo za darmo”.

Natomiast próba tworzenia tzw. „Pokolenia JPII” okazała się fiaskiem. Za wcześnie zaczęto definiować pokolenie ludzi, których życie było naznaczone pontyfikatem św. Jana Pawła II. Zauroczeni popularnością naszego rodaka w świecie zapomnieliśmy o podjęciu mozolnej i rozłożonej w czasie pracy kształtowania i ugruntowywania wartości jakie głosił św. Jan Paweł II. Nie pozwolono ludziom dojrzeć i odkryć samodzielnie, tego kim są i w jakim momencie historii żyją. W zamian, próbowano ich zaszufladkować i definiować, co naturalnie spowodowało dosyć powszechne odrzucenie. Chciano zbierać owoce, choć nawet w czasie samego pontyfikatu św. Jana Pawła II ogrodu nie uprawiano, bo „mamy naszego Papieża” i „kochamy Ciebie!”, więc to załatwi wszystko.

Poza tym, takie propagandowe zachłyśnięcie się, że przecież to pokolenie musi wyznawać te same wartości co i św. Jan Paweł II, tak naprawdę, wystawiło tę wrażliwą sferę ludzkiego wnętrza, ludzkiej duszy na śmiercionośny ostrzał ze strony neomarksistowskich środków masowego przekazu. Po prostu, naiwnie pokazano cel do zaatakowania.

A co do „efektu Papieża Polaka” to oczekiwanie, że jeśli papieżem będzie Polak to od razu seminaria się zapełnią, jest dosyć płytkie, a wręcz neguje sferę duchowości do powierzchownych odczuć emocjonalnych, które tak szybko jak wzniosą pod niebiosa, tak samo szybko spowodują bolesne lądowanie. Odkrywanie powołania ma swój fundament w osobistej, intymniej, duchowej relacji z Bogiem. To w tej przestrzeni odkrywamy Boga jako dawcę życia i autora powołania. I dopiero na bazie tej podstawowej relacji z Bogiem, świadectwa autentycznej wiary świętych znanych i tych, którzy są z nami i obok nas w życiu codziennym, podkreślam autentycznych czyli zmagających się z wyzwaniami, nie wyidealizowanych propagandowo, tworzą całość. Mamy początek i fundament, którym jest Bóg, mamy potwierdzony kierunek w szlakach wydeptanych przez tych, którzy byli przed nami, rozpoznajemy i nasze osobiste szlaki do wytyczenia (każde powołanie jest oryginalne) i wiemy dokąd zmierzamy, ponieważ cel jest potwierdzony właśnie tymi autentycznymi świadectwami jak św. Jan Paweł II czy babcia, mama, tato lub sąsiad. Cel pozostaje niezmienny, a zawsze nowy, tajemniczy i nadający sens wszystkiemu, a jest nim niezmiennie ten sam Bóg.

Czyli odkrywanie powołania do kapłaństwa rodzi się ze świadectwa wiary?

Tak, świadectwa wiary czyli świadectwa wierności Bogu. Warto tylko wspomnieć, że „wiara” to nie jakieś osobiste lub wspólnotowe przekonanie oparte na autosugestii czy nadzwyczajnościach, lecz właśnie WIERNOŚĆ. Po ludzku to niemożliwe, dlatego w Piśmie Świętym zawsze znajdujemy potwierdzenie modlitwy o łaskę „wierności Bogu – wiernością Boga samego”. Możemy być wierni (wierzący) wiernością Chrystusa. To jest ten szczegół bardzo istotny, bowiem łatwo jest pomylić kierunki. Można włożyć wiele wysiłku, dobrej woli, ale jeśli skierujemy to ku czemuś w rodzaju samouwielbienia, czyli ku człowiekowi jako celowi samemu w sobie, a nie ku Bogu, to efekt będzie niestety adekwatny do obranego celu. Przecież bycie grzecznym i zgadzanie się z każdym, i ze wszystkim, czyż nie wygląda ładnie? To jest tak jak z pokusą pierwszych ludzi w raju, kusiciel roztaczał taką piękna perspektywę, a owoc z drzewa wiedzy dobra i zła był na zewnątrz bardzo atrakcyjny! Jednak możliwości ludzkie mają swoje granice. I trzeba mieć świadomość, że są granice, za które nie wolno się cofać, za którymi nie ma już nic, dlatego nie można układać się w nieskończoność z „tym światem”, prowadzić dziwnych i ośmieszających dialogów w imię tak zwanego „dostosowania się”, upatrywać w śmiercionośnych i destrukcyjnych ideologiach płaszczyzny do dialogu czy też przypisywać instytucjom i organizacjom międzynarodowym roli mesjańskiej.

Tutaj wyrazistym przykładem jest „Non possumus” błogosławionego Prymasa Tysiąclecia, wobec którego wiele dzisiejszych „reform” nachalnie wprowadzanych w Kościele nie można nazwać inaczej jak tylko zanegowaniem Ewangelii i próbą wykluczenia Chrystusa z Kościoła. A przecież to właśnie ten Chrystus zrodził Kościół, nie na uczcie z Herodem czy na pertraktacjach z Piłatem, lecz oddając Swoje życie na krzyżu. Kościół to Chrystus, a dziś jakże często słyszymy fałszywe, że kiedyś Kościół to byli księża, siostry zakonne, biskupi i papież, a dziś zróbmy rewoltę i Kościół stanie się własnością bliżej nieokreślonej społeczności świeckich, wśród których na te intratne pozycje wepchną się, jak zawsze cwaniacy i oportuniści.

Jednak papież Franciszek wiele razy podkreśla, że jednym z największych problemów jest klerykalizm.

Tak, to prawda i takie przekonanie panuje powszechnie do tego stopnia, że dziś jeśli to zakwestionujesz to jesteś niemal „poza Kościołem”. Jednak uważam za konieczne zakwestionowanie takiej ślepej, bezrefleksyjnej nagonki na kapłaństwo. Idąc za wskazaniem mojego profesora z filozofii, jeszcze z czasów studiów seminaryjnych, warto mieć na uwadze, że aby merytoryczna dyskusja była możliwa, trzeba najpierw ustalić treść pojęć, którymi operujemy. To pierwszy krok, a w tym wypadku wymaganie jest większe. Nie można poprzestać tylko na ustaleniu treści pojęcia „klerykalizmu”, tak jak to chcemy przedstawić, lecz niezbędne jest wzięcie pod uwagę jego historycznego i powszechnego również dziś, rozumienia.

Czyli o co chodzi z tym „klerykalizmem”?

Intencje papieża Franciszka dziś są już nieco klarowniejsze. Generalnie ujmując, kilka razy udało się wytłumaczyć, że gdy mówi o problemie klerykalizmu chodzi o tworzenie czegoś w rodzaju hermetycznej kasty społecznej, która dba tylko o własne wpływy, kariery, korzyści doczesne stając się środowiskiem generującym szeroko rozumianą korupcję. I tutaj można, i trzeba się z tym zgodzić. Niemniej jednak choć z własnego doświadczenia mogę potwierdzić istnienie tak ujętego „klerykalizmu” (a tak samo dzieje się wśród świeckich, człowiek zawsze jest tylko człowiekiem, czy to w sutannie czy bez) to jednak również z doświadczenia, takie podejście do problemu nie może nie budzić sprzeciwu.

Historycznie wystarczy wspomnieć, że „walka z klerykalizmem” była jednym z głównych haseł rewolucji Francuskiej. Nie wolno zapominać o gilotynach, na których w praktyce „rozwiązywano” problem klerykalizmu. Klerycy, czyli kapłani byli największymi wrogami tak dla hitlerowców, jak i dla komunistów. I takie jest też najbardziej powszechne rozumienie „walki z klerykalizmem”. Gdy słyszy się stwierdzenie „klerykalizm to problem”, nie tylko księża jawią się jako wrogowie wszystkiego i największy problem w Kościele, i społeczeństwie, ale w konsekwencji prowadzi to do negacji kapłaństwa jako sakramentu i posługi. Boga nie bierze się w ogóle pod uwagę, a Ewangelia staje się niemodnym reliktem archeologicznym. Łatwo jest ulec pokusie budowania Kościoła według fantazyjnej ludzkiej wyobraźni.

Nie zapominajmy o tym, o czym wspominał również sam papież Franciszek, aby nie popełniać błędu, że to, co ja wiem, wiedzą wszyscy, to jak ja rozumiem pewne sprawy, pojęcia tak wszyscy je pojmują. Nie, tak nie jest. Dlatego wielu ludzi, jeśli nie większość, gdy słyszy: „klerykalizm to problem”, myśli „ksiądz to wróg”, „kapłaństwo jest źródłem zła”. Taki stereotyp ma ugruntowany nie tylko wielu świeckich w Kościele, ale też wielu duchownych, oczywiście zawsze z jednym wyjątkiem: „mnie to nie dotyczy, ja o czym innym myślałem”.

Czy to też efekt tej „infiltracji mentalności”?

Spotykam coraz więcej osób, tak wśród kleru, jak i świeckich, którzy stosują niemarksistowski tok myślenia, że jeśli zwróci się uwagę na inne aspekty danej tendencji, które domagają się głębszego spojrzenia, szerszego myślenia czy pełniejszej refleksji, reagują jak działacze partyjni. Potępić, zniszczyć wszelkimi dostępnymi środkami, od prowokacji, oszczerstw do wykluczania z życia wspólnotowego czy społecznego, bo ślepo nie idziesz „za jedynie słuszną linią partii”.

Na Zachodzie ta walka z klerykalizmem osiągnęła już wymiar absurdu. W jednej z diecezji na niemal każdym spotkaniu, jednym z głównych tematów był właśnie klerykalizm jako problem. Zapytałem ilu kleryków jest w seminarium diecezjalnym, w odpowiedzi usłyszałem, że… aktualnie nie ma żadnego. No to z kim wy ciągle tak walczycie, skoro starszych księży już niemal wykończyliście, a nowych mieć nie będziecie?

Czy odniosło to jakiś skutek, zachęciło do refleksji?

Skutek owszem był, stałem się wrogiem publicznym numer jeden! W końcu znaleźli jeszcze jednego „zażartego klerykała”! Było z kim walczyć! Na szczęście w zgromadzeniu mamy kadencyjność i mogłem poprosić o przeniesienie, a to z kolei spotęgowało do tego stopnia nienawiść do mnie, że skasowano niedzielą Mszę Świętą zastępując ją celebracją Słowa prowadzoną przez osobę święcka (nie diakona, choć był). To tak, aby pokazać mi, że klerykalizm został wykorzeniony do końca. Pełne zwycięstwo, kapłan jest, ale niedzielnej Mszy Świętej nie będzie!

Czy w Polsce zauważa Ojciec podobne sytuacje?

Tak, choć jeszcze nie na poziomie kasowania Mszy Świętej. Prowokacje, oszczerstwa rozpowiadane tzw. pocztą pantoflową są na porządku dziennym, w końcu w Polsce jeszcze tych księży trochę jest i jest z kim walczyć rozwiązując problem „klerykalizmu”.

Niestety, choć wyzwanie kształtowania środowiska kapłanów było, jest i będzie zawsze obecne i nie jest to ani nowość ani zaskoczenie, tak jak formacja i kształtowanie każdej grupy społecznej, to jednak zastosowanie metody bezpardonowej nagonki, zohydzania, ślepego nastawiania świeckich przeciwko księżom, co jest coraz powszechniejsze i przybiera formy niszczenia za wszelką cenę, choć zawsze pod płaszczykiem „nawracania” i „reformowania”, nie tylko nie rozwiąże rzeczywistych problemów, które się pojawią, lecz przede wszystkim ma nieobliczalnie destrukcyjny wpływ na młodych ludzi, którzy na początku rozeznawania swojego powołania nie przebiją się ze swoją wrażliwością. To tak, jak kiełkujące rośliny nie przebiją betonu.

Może jednak są to w Polsce pojedyncze przypadki, przecież zawsze zdarzają się wyjątki.

Raczej nie są to już wyjątki, posłużę się przykładem sprzed ponad dziesięciu lat. Na jednej z placówek w duszpasterstwie akademickim, które w naszych czasach jest przestrzenią szczególnie wrażliwą w tym procesie rozeznawania, odkrywania i podejmowania decyzji o realizacji odkrytego powołania spotkałem się z sytuacją, o których mówimy, że „nie mieszczą się w głowie”. Otóż po czwartkowej Mszy Świętej była możliwość adoracji Najświętszego Sakramentu. Zdarzało się, że niektórzy z młodych ludzi poświęcali tej modlitwie sporo czasu i nie było tajemnicą, że chodziło również o rozeznanie powołania. I tutaj kończy się to, co normalne, bowiem do moich uszu dotarło coś, w co na początku trudno było mi uwierzyć. Grupa świeckich aktywistów, tworząca jedną ze wspólnot absolwentów, uznająca się za reformatorów Kościoła i właścicieli prywatnych duszpasterstwa, napuszczała na tych młodych ludzi swoich zwolenników, którzy, gdy tylko zauważyli jakiegoś chłopaka lub dziewczynę, którzy modlili się dłużej przed Najświętszym Sakramentem dopadali go wręcz jak wściekłe psy przekonując nachalnie, że „nie musisz iść do seminarium albo do zakonu, aby być dobrym chrześcijaninem”. Towarzyszył temu cynizm i kpina, a wiadomo, że młodzi ludzie są wrażliwi na odrzucenie środowiska.

Ktoś może powiedzieć, że jeśli jest powołanie to i tak Bóg da siły do jego realizacji, jednak nie można zapominać, że tam, gdzie dopiero rodzi się to pytanie, gdy ten proces rozeznawania jest na samym początku, to tak jak z rośliną, która dopiero co kiełkuje, łatwo jest ją zdeptać i zniszczyć. Poza tym rozeznanie powołania, tego, jaka jest wola Boża jest podstawowym zadaniem, tym bardziej dla młodego człowieka, a taka nagonka, to, ilu młodych ludzi nie podjęło lub zrezygnowało na samym początku z tego odkrywania swojego powołania, nie wiadomo, ale zło, którego dokonali ci ludzie, którzy „choć wyszli z nas, ale nie są naszego ducha” było widoczne w gorzkich owocach wątpliwości, ucieczki od modlitwy, a nawet oddalania się od Kościoła. Przecież od tych ludzi, świeckich, którzy działali aktywnie w Kościele, taki młody chłopak czy dziewczyna oczekiwali raczej wsparcia, a byli wyśmiewani i napiętnowani.

Niestety nie był to jednostkowy przypadek, z czasem okazało się, że niemal całe środowisko uległo tej korupcji duchowej. Hasła były chwytliwe w stylu: „wy jesteście Kościołem”, „większa rola świeckich w Kościele to znak czasu” i tym podobne. Problem polegał na tym, że nie chodziło o uaktywnienie świeckich, lecz o rozsiewanie wrogości do księży i negację sakramentu kapłaństwa przedstawianego jako przeszkoda do, jak to mówili „samorealizacji” czy „bezpośredniej relacji z Bogiem”.

Ten proces korupcji wewnątrz Kościoła przez te ponad dziesięć lat pogłębił się i najciekawsze jest to, że takie postawy są propagowane i wspierane przez samych duchownych i to nie tylko prezbiterów. Może to zalękniona „troska” o stanowiska i godności, może ślepe dążenie do popularności? Pozostawię to jako pytania, ponieważ mamy czasy „dzikiej reformy”  w Kościele, byle co, byle jak, byleby zmienić.

Ale przecież można być świętym, będąc świeckim?

Oczywiście, że można. I tutaj pozwolę sobie zauważyć jeden istotny szczegół:  Pani stwierdziła „można być świętym, będąc świeckim”, i to jest dobrze postawione pytanie. Jednak jeśli skonfrontujemy to pytanie z tym „nie musisz iść do seminarium, aby być dobrym chrześcijaninem” to chyba łatwo odkryć bezpośrednią negację i wykluczenie możliwości bycia kapłanem, zanegowanie powinności wypełnienia woli Bożej, realizacji powołania, które jest od Boga. I to jest podstawowa różnica, ponieważ choć dążenie do świętości jest powołaniem każdego ochrzczonego, to jednak zawsze, wypełniając wolę Bożą, zgodnie z tym Bożym zamysłem. Natomiast to, co się propaguje bezmyślnie, to negacja woli Bożej na rzecz: „Ty sam zadecyduj”. Przywołam jeszcze raz to odniesienie do księgi Rodzaju: „Będziecie jak bogowie” sami zadecydujecie, nie słuchajcie Boga, idźcie za powierzchownymi wrażeniami. Powiewu świętości to w tej „promocji świeckich” nie ma. Natomiast jest i to sporo psychologizacji i to tej kiepskiej jakości, wspomniane wykluczanie Chrystusa z Kościoła, przejawiające się między innymi w redukowaniu Eucharystii do braterskiego spotkanka. Odnosząc się do ewangelicznego obrazu, tego kąkolu sporo już zasiano. Być może trzeba takiego „końca naszych czasów”, końca danej epoki, aby Duch Święty w zdrowy i prawdziwy sposób odrodził Kościół. Tego „końca czasów” nie można mylić z „końcem świata”.

Czy to prorocka zapowiedź?

Tak, tylko z tą różnicą, że nie dla ludzkiej sensacji, z jakiś objawień, czy naszych odczuć. Aby być prorokiem trzeba poczytać Pismo Święte, wsłuchać się w Słowo Boże, posłuchać Ducha Świętego (nie mylić z egzaltacjami emocjonalnymi). Proroctwa, tak naprawdę mamy wszystkie już opisane w Historii Zbawienia, która wyjaśnia prosto i klarownie: ludzie odwracają się od Boga, efektem jest kryzys, koniec pewnej epoki, pewnego przedziału czasu.

Jednak to, o czym przede wszystkim warto pamiętać to ta Uprzedzająca Miłość Boga, o której często wspominał św. Jan Paweł II czy uprzedzające działanie Ducha Świętego, o którym mówił Ojciec Święty Benedykt XVI. Tak właśnie działa Bóg w Historii Zbawienia. Ma już, nie tylko rozwiązanie, ale już je wskazał! Nie trzeba nic wymyślać, ale z pokorą odkrywać. Rozum bez światła wiary jest ogłupiały i z łatwością poddaje się niewolniczej służbie zła, choć deklaruje pragnienie dobra. I to jest cała tajemnica proroctwa. Bóg tak Starego Testamentu, jak i Nowego jest ten sam, to Bóg Miłość, Miłosierdzie, Sprawiedliwość, Prawda, Dobro, Piękno, Wolność. Bóg jest niezmienny. Ludzie niestety też się nie zmieniają, zawsze ulegają pokusie fałszywej wolności od Boga, nazywania zła dobrem, wymyślania sobie praw, zwyczajów, a dziś i samego Kościoła.

Zbliżamy się do końca naszej rozmowy, czy widzi Ojciec jakieś optymistyczne przesłanki patrząc na ten kryzys powołań do kapłaństwa?

Właściwie jedno słowo, jedna postawa jest : Nawrócenie. Jednak nawracając się do Boga należy sobie przypomnieć, że Kościół to Chrystus, a my na tyle, na ile jesteśmy wszczepieni w Chrystusa jak w winny krzew. Te wszystkie zabiegi PR-owskie bazujące na ludzkich zmiennych emocjach, kreowanie na siłę autorytetów, narzucanie ślepego posłuszeństwa ludzkim normom, i do tego nadawanie im najwyższej rangi, to wszystko zabija ducha, szczególnie w młodym człowieku. Trzeba postawić szczerze pytanie: kto kształtuje moje myślenie? Kościół to Chrystus, który odradza się zawsze w Chrystusie. Wcześniej czy później odkryjemy, że w czasach zamętu i „pandemii strachu” to, co po ludzku jest końcem, po Bożemu jest początkiem. Ciemność trzeba nazwać ciemnością, bo jest ciemnością i nie można żyć iluzją, że ciemność też jest światłem. Jednak nie patrzmy w ciemność, bo nic nie zobaczymy, patrzmy ku światłu, które rozprasza ciemności, ku Chrystusowi z którym „ciemność nie będzie ciemna, a noc tak jak dzień zjaśnieje” (Ps 139,12).

Dziękuję za rozmowę!

o. Paweł Pakuła CSsR – Licencjat z Teologii Biblijnej (absolutorium) na PUG w Rzymie. Były Dyrektor Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Rzymie. Misjonarz, pracował w Argentynie, Włoszech, Niemczech, Australii, jako duszpasterz akademicki w Polsce.

 

Rozmawiała: Małgorzata Uzarska

Koordynator Biura Sieci Pomocy Prawnej i Poradnictwa Obywatelskiego w Toruniu przy Centrum Ochrony Praw Chrześcijan