Aktualności

Prześladowany i zagrożony chrześcijanin – kilka uwag psychologicznych. Rozmowa z ks. Zdzisławem Wójcikiem, doktorem psychologii

Prześladowany i zagrożony chrześcijanin – kilka uwag psychologicznych. Rozmowa z ks. Zdzisławem Wójcikiem, doktorem psychologii
Alicia Quan on Unsplash
19 listopada 2021 r.

Prześladowany i zagrożony chrześcijanin – kilka uwag psychologicznych. Rozmowa z ks. Zdzisławem Wójcikiem, doktorem psychologii

Kiedy spojrzy się na statystyki, widać wyraźnie, że to właśnie chrześcijanie są w początkach trzeciego tysiąclecia prześladowani w najbardziej zdecydowany sposób.

Tak wynika z wielu badań. Na przykład Centrum Badawcze PEW (ang. Pew Research Center) – oceniło, że osiemdziesiąt procent dyskryminacji i prześladowań na tle religijnym, które miało miejsce w początkach dwudziestego pierwszego wieku, było wymierzonych właśnie w chrześcijan. I chodzi nie tylko o zabójstwa i więzienia. Bycie chrześcijaninem w najzwyklejszym sensie tego słowa, tj. posiadanie Biblii, chodzenie do kościoła czy posiadanie w domu religijnych symboli, już samo w sobie jest niebezpieczne w wielu krajach.

Wiemy, że przez całe wieki prześladowanie chrześcijan miało wielorakie oblicze, a katolicy płacili różną cenę za bycie uczniami Chrystusa.

Właściwie niewiele się zmieniło w naszych czasach. Gama tego zjawiska jest bardzo szeroka. Pomijając największe okrucieństwa i prześladowania naszych czasów, zdajemy sobie sprawę, że atakiem na wierzących może być nawet niezrozumienie, ośmieszanie, szyderstwo lub kpina. Może to być agresja wobec wierzących w formie niewinnej presji. Niepozorne judzenie i szczucie na wierzących albo pogarda i niechęć okazana wprost, też do prześladowań można zaliczyć.

Dlaczego pogardę czy ośmieszanie zalicza Ksiądz do prześladowań?

Ponieważ mamy rozmawiać o prześladowaniach chrześcijan z punktu widzenia psychologii, więc uważam, że człowiek wierzący obciążony różnymi przejawami wrogich postaw wobec wiary i religii, znajduje się w trudnej sytuacji w wielu wymiarach swojego życia, nie tylko ekonomicznych czy społecznych.

Czego one dotyczą?

Dotyczą całego człowieka w jego osobowości i egzystencji. Oznacza to, że zagrożone jest jego poczucie bezpieczeństwa, jego poznanie, jego uczucia i jego świat wartości. W związku z tym, że przeżywanie zagrożenia jest subiektywne, a odporność na trudności to sprawa indywidualna, a zatem jeśli np. nazywanie człowieka o czarnej karnacji murzynem może być uznane za rodzaj rasizmu, to dlaczego prześladowanie chrześcijan ma się kojarzyć wyłącznie z agresją fizyczną.

Czym jest to zagrożenie poczucia bezpieczeństwa?

Według wielu psychologów potrzeba bezpieczeństwa jest pierwotną i podstawową potrzebą psychiczną, której zaspokojenie warunkuje normalne funkcjonowanie i rozwój psychiczny. W sytuacji, gdy potrzeba ta nie zostaje zaspokojona adekwatnie, tzn. w taki sposób, by mogły rozwijać się potrzeby wyższe, wówczas kształtuje się specyficzny syndrom zaburzonej potrzeby bezpieczeństwa, z jednoczesnym zablokowaniem jego możliwości rozwojowych. Nadrzędnym celem staje się wtedy troska o zapewnienie sobie poczucia bezpieczeństwa poprzez ciągłe zabezpieczanie swego status quo. Człowiek w tym stanie przeżywa ciągły lęk przed ryzykiem, niezależnością, ucieka przed wolnością. Przyjmuje postawę obronną, bojąc się być odkrywczym i twórczym.

Dlaczego potrzebę bezpieczeństwa wiąże Ksiądz z tematyką prześladowań?

Z tego prostego powodu, dla którego chrześcijanin, tak jak każdy inny człowiek na tym świecie, ma prawo do dobrego życia i rozwoju. Chrześcijanin to nie jest człowiek, który czerpie satysfakcję czy radość z tego, że jest ciągle zagrożony i nie może normalnie się rozwijać. Chrześcijanin nie jest masochistą czy samobójcą. Gdy jednak jest zagrożony, to w dużym stopniu zamiast spełniać swoje powołanie w pielgrzymce do Domu Ojca przy braku zaspokojenia potrzeby bezpieczeństwa, bywa pochłonięty poszukiwaniem sposobu jej zaspokojenia. Cel dominujący silnie determinuje takiego człowieka, jego pogląd na świat, perspektywę przyszłości i wartości, nawet samego sensu życia. Wszystko wydaje mu się wtedy mniej ważne niż bezpieczeństwo.

Czy zagrożony chrześcijanin nie powinien przede wszystkim szukać oparcia w religii i Kościele?

Łatwo powiedzieć, żeby zwrócił się w stronę wiary, że powinien jako chrześcijanin szukać w trudnej sytuacji pociechy religijnej, np. w modlitwie czy sakramentach. Oczywiście, że taka postawa jest ewangeliczna. Ale jest też prawdą, że choć wiara i łaska działają Bożą mocą i mogą wtedy niejednemu pomóc, bo cuda się zdarzają, to jednak nie zastąpią człowiekowi jego ludzkiej natury, tzn. nie zniwelują ludzkich ograniczeń, wątpliwości, strachu, lęków, nawet rozpaczy. Człowiek najbardziej religijny nie przestaje być uwarunkowany wieloma czynnikami. Przez dziedziczenie, środowisko wychowawcze, przez różne niedomagania, choroby i kalectwa, bywa nieraz bardzo ograniczony w byciu i działaniu, w swojej aktywności.

Jako chrześcijanie wiemy, że pielgrzymowanie do Domu Ojca jest naśladowaniem Chrystusa i dźwiganiem krzyża?

Oczywiście. Ale ani Jezus nie był neurotykiem, ani nie chce byśmy szli za Nim z powodu strachu, ale z miłości. A przekładając to na język psychologii powiemy, że każde dziecko, a w sposób mniej jawny człowiek dorosły, woli przecież bezpieczny, uporządkowany, dający się przewidzieć, sprawiedliwy, zorganizowany świat, na który można liczyć i gdzie nie zdarzają się rzeczy nieoczekiwane, chaotyczne. Tymczasem niektórzy spośród dorosłych reagują podobnie jak pozbawione bezpieczeństwa dzieci. Często odbierają nieznane zagrożenia jako wrogie i przytłaczające. Osoby takie zachowują się tak, jakby stale zagrażała im katastrofa, a ich potrzeby bezpieczeństwa ujawniają się w poszukiwaniu opiekuna czy silnej osoby. Dorosły neurotyk reaguje tak, jakby jego dziecięce postawy lękowe przetrwały w postaci ukrytej i nienaruszonej w procesach dorastania i uczenia się. Poszukiwanie bezpieczeństwa przybiera często nerwicę natręctw. Ludzie tacy starają się uporządkować, ustrukturalizować świat wszelkimi sposobami, aby nigdy nie pojawiły się sytuacje nowe, nieznane, niebezpieczne, zagrażające.

Trochę to brzmi jak interpretacja ludzi niewierzących czy wrogów Kościoła na temat religii i postaw religijnych.

Tylko nikt rozsądny nie powie, że takie zachowania, jak tu wcześniej nakreśliłem, są religijnie dojrzałe i godne naśladowania. Może ci, którzy mają takie neurotyczne wyobrażenie wiary i religii, mają też właśnie podobne doświadczenia z wiarą? Wtedy trzeba im współczuć, ale nie potępiać ani przekreślać. Wówczas prześladowanymi staliby się ateiści. Tak nie można. Ale jak już zaznaczyłem, zarówno święty, jak też grzesznik ma swoje możliwości i ograniczenia psychiczne. Każdy człowiek ma w sobie zarówno fiksację, jak i regresywną moc niezaspokojonych potrzeb wypływających z braku, przyciągających siłę bezpieczeństwa i pewności, funkcję obrony i ochrony przed cierpieniem, strachem, utratą, zagrożeniem.

Na czym polega zagrożenie dotyczące, jak to Ksiądz określił, poznania?

W tym względzie mówi się w psychologii, zwłaszcza w jej nurtach egzystencjalno-humanistycznych, że główne zagrożenie człowieka polega na utracie poczucia znaczenia. Chodzi o to, o czym np. myśli człowiek, gdy w konkretnych sytuacjach życiowych jako chrześcijanin atakowany jest kanonadą fałszywych oskarżeń. Jaka jest jego wiedza, wtedy gdy jest atakowany i nękany wiadomościami o grzechach i winach Kościoła? Jak taka informacja odbija się na jego psychice? Przecież może czuć się zaszczuty, zdezorientowany i wpędzony w poczucie winy nie za swoje przecież grzechy (np. te z dawnych wieków). Owszem może zachować się bardzo różnie i podjąć różne działania, ale ma poważny dylemat czy to jego działanie może mieć jakiś wpływ na to, nad czym chce mieć kontrolę. Jeśli będzie odczuwać wątpliwości w odniesieniu do skuteczności własnych działań i będzie przekonany, że nawet gdyby działał nie osiągnie tego, co zamierza, co stanowi dla niego wartość, to może być to ów krytyczny pod względem psychologicznym aspekt wyobrażenia o sobie samym, czyli poczucie utraty znaczenia siebie samego jako osoby.

Jakie mogą być skutki takiego poczucia utraty znaczenia samego siebie?

Konsekwencją może być utrata zdolności do podejmowania decyzji i brania odpowiedzialności. Wtedy zdrowie psychiczne bardzo cierpi, bo z takim zmanipulowanym postrzeganiem rzeczywistości łączy się przeżywanie strachu i lęku. I chociaż lęk i strach mają to samo źródło ontologiczne, to w rzeczywistości nie są tym samym. Strach w przeciwstawieniu do lęku ma okre­ślony przedmiot,  który  można zobaczyć, analizować. Dzięki temu można nań oddziaływać i oddziałując uczestniczyć w nim. W ten sposób ma się szansę wprowadzić przedmiot strachu w zasięg naszego poznania. Człowiek po prostu zdaje sobie sprawę, co jest przedmiotem strachu, uświadamia sobie go. Stąd ma możliwość stawić czoło każdemu prze­dmiotowi strachu, gdyż jest on właśnie przedmiotem i umożliwia z naszej strony jakieś uczestnictwo. Innymi słowy, jeśli bombardowany informacjami o czarnych stronach Kościoła ma dużą wiedzę w tym zakresie, to może sobie poradzić, może zareagować, może polemizować, może się adekwatnie bronić. A jeśli nie ma takiej wiedzy, a wróg manipuluje świadomością, wtedy budzi się lęk. I to właśnie on jest bardziej niebezpieczny dla człowieka niż strach.

O jaki lęk tu chodzi?

Lęk nie ma przedmiotu, czy raczej mówiąc parado­ksalnie, jego przedmiotem jest negacja, zaprzeczenie każdego przedmiotu. Dlatego uczestnictwo, walka i miłość są tutaj niemożliwe. Człowiek dotknięty lękiem nie może, jeśli to jest lęk czysty, liczyć na żadną pomoc. Bezradność towarzysząca stanowi lęku objawia się utratą orientacji, reakcjami nieprzystosowanymi, brakiem „intencjonalności” – stanu odniesienia do rozumnych treści poznania czy woli. Przyczyną tego czasami uderzającego zachowania jest brak przedmiotu, na którym podmiot znajdujący się w stanie lęku mógłby się skoncentrować. Jedyny przedmiot stanowi sama groźba, a nie źródło groźby, gdyż tym jest nicość. Już tylko kilka kroków do rozpaczy.

Czy lęk nie ustąpi w chwili, w której poznamy przedmiot strachu?

Strach i lęk są czymś różnym, jednak nie oddzielonym jedno od drugiego. Zawierają się jedno w drugim. Strach kłuje żądłem lęku, a lęk ma tendencje do przeradzania się w strach. Strach polega na baniu się czegoś, odrzucenia przez jakąś osobę czy grupę, utraty czegoś czy kogoś, momentu śmierci. Nie samo poznanie negatywnej strony rzeczywistości jest dla człowieka trudnością, ale skutki, które się z tym wiążą. Dobitnym przykładem – i czymś więcej niż przykładem – jest tu strach przed umieraniem. W tym stopniu, w jakim jest to strach, posiada on jako swój przedmiot, czyli przewidywanie śmiertelnego ciosu ze strony choroby czy śmierci w wypadku, a więc cierpień agonii oraz utraty wszystkiego. W takiej rozpaczliwej sytuacji odpowiedzią może być tylko pokora i wiara.

Czego zatem tak naprawdę boi się człowiek wierzący, chrześcijanin, gdy czuje się prześladowany?

Dla człowieka problemem egzystencjalnym jest nie tyle strach, co lęk. Ze strachem można sobie poradzić, stąd w tym znaczeniu odpowiednie byłoby tylko umiejętne, inteligentne radzenie sobie w życiu. Prawdziwa odwaga człowieka wierzącego zaczyna się jednak tam, gdzie nie wystarczą tylko same umiejętności, kompetencje, inteligencja, spryt. Odwaga zaczyna się tam, gdzie zagrożone są wartości, a więc jest to problem sensu. Teraz można lepiej zrozumieć słowa Chrystusa „Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę, jam zwyciężył świat”  (J 16,33).

Wobec tego, jak powinien zachować się katolik wobec fali różnych zagrożeń?

Sądzę, że na wszystkie zagrożenia odpowiedzią może być odwaga. Ta zaś nie może być pozbawioną roztropności i rozsądku brawurą. Jak już powiedziałem, człowieka stać na wiele poświęceń i wyrzeczeń, ale raczej niewielu stać na czyny heroiczne. Z powodu swych ograniczeń podmiotowych, ale też z uwagi na zewnętrzną presję, np. różne formy prześladowania, manipulacji itp. ma nieraz niewielki wybór. Wielu z tego powodu funkcjonuje w chorobliwym poczuciu winy, albo też poświęcenie i ofiarę uznaje za niewarte zachodu czy wręcz śmieszne. Odpowiedzią na zagrożenia jest nieustraszoność, rozwaga i wytrwałość, oczywiście ze wszystkimi tej postawy konsekwencjami.

Człowiek jest uwarunkowany wielorako, i genetyką i wychowaniem, ale przecież jest jeszcze jego wola.

Trafnie to Pani ujęła. Oto właśnie chodzi. Nasza wolna wola jest tak bardzo nieraz uwarunkowana, ale ostatecznie w sprawach najważniejszych głos decydujący ma ona, czyli wolna wola. Może dopiero po wielu latach odkryjemy, że określone wydarzenia postrzegane przez nas jako zagrożenia, nieszczęścia, były na daną chwilę opatrznościowe. Bóg naprawdę nas zna i wie, co jest dla nas lepsze. Trzeba Mu całkowicie zawierzyć i zaufać, patrząc na Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego. On doświadczając skrajnego zagrożenia, odrzucenia i osamotnienia stanął po stronie wszystkich, a zwłaszcza tych, którym przyszło cierpieć. Nie zlikwidował cierpienia ani zła, ale zwyciężył je swoją miłością i obecnością. A przyjmując i wypełniając wolę Ojca, pokazał nam jaką drogą mamy iść. Dlatego nie powinniśmy w nieskończoność roztrząsać i pytać o przyczyny, i cel cierpienia. Powinniśmy raczej pytać o to, co mamy robić, by wyjść z takiej próby zwycięsko, nie poddając się rozpaczy i nie przeklinając Boga i ludzi, ale umieć przebaczać. Bóg jest z nami, cierpi wraz z nami, rozumie, współczuje, towarzyszy na drodze krzyża. A ostatecznie daje nam nadzieję zmartwychwstania.

Dziękuję za rozmowę.

ks. prał. dr Zdzisław Wójcik – proboszcz parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Zwycięskiej w Częstochowie, wykładowca, psycholog, dydaktyk oraz członek Polskiego Towarzystwa Teologicznego. Był redaktorem częstochowskiej edycji Tygodnika Katolickiego „Niedziela”. Pełnił funkcję prefekta studiów i wicerektora w Wyższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Częstochowskiej. Bierze czynny udział w audycji Porad pedagoga i psychologa na antenie Radia Maryja.

 

Rozmawiała: Małgorzata Uzarska

Koordynator Biura Sieci Pomocy Prawnej i Poradnictwa Obywatelskiego w Toruniu